wtorek, 23 kwietnia 2013

Mini update

Witajcie Kochani!

Remont trwa w najlepsze, ale efekty widać gołym okiem. Niestety jeszcze daleko do urządzania i przeprowadzki (a może bliżej niż mi się wydaje...?). Moja mężczyzna pracuje dzielnie a ja podziwiam jego samozaparcie i wytrwałość. Nie straszne mu niemiłe niespodzianki, które przy remontach pojawiają się co chwilę (kto remontował, ten wie czym to pachnie). Zuch chłopak po prostu :D Mi, jako kruchej niewieście przeważnie pozostaje już tylko sprawiać dobre wrażenie i podawać narzędzia majstrowi, bo z wiertarką udarową tudzież krajzegą nawiązania bliższej znajomości bym się jednak obawiała. 
W zakresie rękodzieła przeokropny zastój. Jedyny akcent w tym temacie to skończona wczoraj (w końcu) bluzka nietoperzowa, którą szyłam chyba ponad dwa tygodnie, mimo, że krój z tych niewymagających. Niestety zdjęć brak - będą w przyszłości. 
Brak czasu to zmora ostatnich czasów. Jakimś cudem jednak nie przeszkadza to w śledzeniu losów ulubionych serialowych bohaterów :D Bo przecież bez przesady! Trzeba mieć jakąś godność! Tu się przyznam, że odkryłam nie tak dawno "Grę o tron" i mnię to to wzięło wciągło, mimo, że czasem wieje nudą.  


W międzyczasie ukazała się także nowa płyta Hurts "Exile ":D To druga w ich karierze. Znacie tych chłopaków? Mój numer jeden to aktualnie "Blind", czyli piosenka rzeźnika. Tekst zawiera taki wesoły wersik "Cut out my eyes", stąd ten cały rzeźnik. Polecam całą płytę, jeśli ktoś lubi tego typu klimaty :)


Pozdrawiam Was serdecznie i zapewniam, że do Was zaglądam, kiedy tylko mogę :) Jestem także pod wrażeniem sobotniej akcji "Uszyj jasia". Bardzo pozytywnie!

Yeshka

poniedziałek, 11 marca 2013

Mała rewolucja i usprawiedliwienie

Kochani!

Od pewnego czasu u mnie cisza a to wszystko przez małą-wielką rewolucję. Od dłuższego czasu szukałam mieszkania i zdaje się, że moje poszukiwania dobiegły końca :D:D A to wiąże się z remontami, przeprowadzkami i ogólnym urwaniem głowy. Nie wiem jak długo będzie to trwało, ale pewnie nie będę miała czasu na rękodzieło. Trochę się obawiam, bo naprawdę dużo pracy i czasu (przemilczę część finansową, bo po co się dodatkowo denerwować z samego rana w poniedziałek) zajmie zrobienie nowego lokum "pod siebie", ale kurcze w końcu się udało! Ale radocha :D:D

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję, że mimo ciszy do mnie nadal zaglądacie :) Sama się staram odwiedzać Wasze blogi, bo całkiem z rękodzielniczych klimatów zrezygnować się przecież nie da....
Yeshka

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Otagowana

Witajcie! 


Dziś wpis o naturze bardziej osobistej. Otóż jakiś czas temu otagowała mnie prowadząca bloga Joanne's nail polishes, której jednocześnie bardzo dziękuję :) Zabawa pozwala poznać blogerów i blogerki nieco lepiej.


Otagowana osoba powinna:

- podziękować nominującemu na jego blogu;
- pokazać nagrodę Versatile Blogger u siebie;
- ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie;
- nominować 10 blogów, które jego zdaniem na to zasługują;
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.

Zgodnie z zasadami poniżej znajdziecie 7 faktów o mnie. Postaram się nie pisać o tym, co już mogło się "wydać"poprzez treści jakie na tymże blogu publikowałam.

Adin
Uczyłam się przez 4 lata łaciny. Nie podwórkowej. Do dziś jeśli ktoś obudzi mnie o północy, to wyrecytuję bez zająknięcia odmianę przez przypadki zaimków osobowych liczby pojedynczej i mnogiej oraz końcówki koniugacyjne czasu praesens. Pamiętam, że nasza nauczycielka nauczając nas głosiła, że właśnie taki efekt jest jej celem. Nie myślałam jednak, że tenże utrzymywał się będzie tak długo... System edukacyjny vs oporny uczeń - 1:0. Tylko na co mi to...? Poza łacińskim uczyłam się także rosyjskiego oraz niemieckiego, a na studiach angielskiego, z którym nie rozstaję się do dziś (nie tylko ze względu na pracę - można powiedzieć, że uwielbiam angielski!).

Dwa
Z okien mojego rodzinnego domu podziwiać można Ukrainę. Najciekawiej było zawsze w Sylwestra, kiedy zachodziła "lekka" rozbieżność, jeśli chodzi o moment przywitania nowego roku. Ciekawe zjawisko, kiedy ludzie mieszkający dwa kilometry dalej świętują godzinę wcześniej :D

Tri
Nie umiem pływać. Cholera, to jest ból... Uwielbiam wodę, ale bez umiejętności bezpiecznego się w niej poruszania moje możliwości są nieco ograniczone. Jako brzdąc kilka razy się porządnie podtopiłam ucząc się pływania na własną rękę, ale to mnie absolutnie nie zraziło. W ubiegłym roku byłam pierwszy raz w aquaparku (Tatralandia na Słowacji) i strasznie mi się spodobało (oprócz zjeżdżalni "Bumerang", bo prawie na niej zeszłam...). Kiedy ktoś zapyta mnie o wymarzony wypoczynek, to z pewnością w pierwszej kolejności wskażę piękne plaże i pluskanie w falach. Jednak nie znoszę się opalać. To takie nudne...

Czetyrie
Kiedyś umiałam cały alfabet elficki i wszystkie elfickie słowa i wyrażenia w tym języku, które przewinęły się przez "Władcę pierścieni". Zakochałam się w tej przepięknej historii, co zaowocowało mini (jasne... przyp. red.) obsesją wokół elfów i ich czarującego świata. W akademickim pokoju miałam na ścianie wielki , własnoręcznie wykaligrafowany napis w tym języku (zdaje się, że było to "Elen sila lumenn omentielvo"). Fajnie to wyglądało, aczkolwiek kierowniczka akademika mogła mieć inne zdanie. Nie wiem, nie pytałam. Do dziś przeczytałam trylogię jak i "Hobbita" kilka razy. 

Pjat
Jakby to nazwać... umiem robić "the shimmy" oczami. Umiejętność chyba rzadko spotykana, bo ja sama nigdy nie spotkałam osoby która potrafiłaby tak 'telepać". Jedynie po przeszukaniu internetów odnalazłam filmiki, na których kilka osób robi dokładnie to samo. Dzięki temu miałam okazję zobaczyć, jak to wygląda z perspektywy widza. Na czym to polega? Na bardzo szybkich ruchach gałkami ocznymi w te i wewte. Ot, takie dziwactwo.

Szest
Napisałam w życiu jedną piosenkę w całości. Na gitarę. Ma normalnie zwrotki, refren i gdy się nie spieszę trwa około 4 minuty. Umiem ją zagrać i zaśpiewać (ocena subiektywna...). Nie przewiduję jednak innej publiczności niż kocia, złożona z dwóch osobników odmiennych płci i umaszczeń. Tak, dobrze się domyślacie - kiedy byłam dzieckiem marzyłam o karierze piosenkarki... Ale do dziś na gitarze potrafię zagrać z 5 chwytów, początek "Nothing else matters" i któryś kawałek Dżejmsa Blanta :) 

Siem
Nie lubię kawy. Takiej prawdziwej kawy, bo latte czy mochę to już jak najbardziej. Z pewnością część Was nie wyobraża sobie poranka, czy dnia bez kawy, tak ja reprezentuję przeciwny biegun. Nie lubię zapachu kawy i tym bardziej smaku. Jestem zdecydowanie w team tea i właśnie tego typu napitek przeważa w mojej diecie. Kiedyś zapijałam (nie mylić z upijałam) się bawarką, herbatą czerwoną czy yerbą, ale najlepszy jest i tak Milton strong z Biedronki :D.

Czas na nominacje. Wiem, że nie wszyscy przepadają za tego typu akcjami i jeśli ktoś się nie przyłączy do zabawy to nic się nie stanie. Niemniej niemałą przyjemnością byłoby dla mnie bliższe poznanie:

Kingi prowadzącej Szczyptę Magii
uzależnioną od papieru BluReco
Monikę - moniFaktura
Witchqueen, która prowadzi Rękodzieło-art
koleżankę prowadzącą Paula Art
koleżankę stojącą za blogiem Przytulasie Nasze
Marzenę, twórczynię Galerii M.
szyjąca koleżankę BrummBloging
oraz Zuzannę od ZuzAniołów

Jeśli któraś z koleżanek już się spowiadała, to może czuć się zwolniona ;)

EDIT: Bardzo dziękuję uzdolnionemu Adamowi prowadzącemu bloga Artrustic za przemiłą niespodziankę w postaci wyróżnienia:


Swoją drogą polecam Wam bloga pięknie craftującego kolegi. Niewielu mamy w tej dziedzinie panów, ale tendencja jest wyraźnie wzrostowa :) 

Pozdrawiam serdecznie! Życzę przyczepności na drogach, bo dziś znowu są z tym problemy :[
Yeshka

sobota, 26 stycznia 2013

Przepis: szybkie ciasteczka

Mam dla Was szybki przepis, który uskuteczniłam dziś i wczoraj, bo miałam wielką chęć na coś słodkiego i to szybko!

Składniki:
- margaryna ( 250g)
- trzy szklanki mąki (może być zwykła, ja użyłam tortowej z braku laku...)
- niecała szklanka cukru pudru
- cztery żółtka
- cukier wanilinowy
 
Przygotowanie ciasta polega na połączeniu wszystkich składników i ugniatania do momentu uzyskania jednolitego ciasta. Dobrze na początek posiekać samą margarynę i składniki sypkie a dopiero po chwili dodać żółtka. Będzie łatwiej wyrobić. Potem łapiemy za foremki i produkujemy ciasteczka. Piec należy w 170 - 180 stopniach do chwili aż brzegi ciastek delikatnie zbrązowieją - około 10 minut, ale lepiej sprawdzać.  Jeśli nam się spieszy można piec w 200 stopniach, ale trzeba bardzo pilnować, bo szybko się palą.
 
Ot i cała filozofija. Na kryzysowe czasy, kiedy w lodówce nie mamy za wiele produktów to świetny pomysł. Do herbaty czy kawy pasują idealnie. Przed upieczeniem możecie je jeszcze posypać cukrem, będą słodsze :)

Smacznego i miłej niedzieli!
Yeshka

niedziela, 20 stycznia 2013

Sukienka as simple as can be

Witajcie zmarźluchy :P

Mrozy trzymają i nawet ja, zadeklarowany wróg czapek sprzeniewierzyłam się własnym ideałom pielęgnowanym przez lata i czapencje nosić zaczęłam. Mam takie delikatne przeczucie, że to jednak może być lepsze dla zdrowia ;) Wy na pewno też ostro walczycie z zimnem i mam nadzieję, że są to walki zwycięskie. Wszystkim, których dopadła jedna z tegorocznych 200 (ponoć) mutacji grypy życzę szybkiego powrotu do zdrowia, a wiem z Waszych wpisów, że niestety jest Was naprawdę sporo. 

Kilkanaście dni temu pchnięta poniekąd żalem po zamkniętym bez ostrzeżenia ulubionym sklepie z tkaninami (nie ważne, że od ponad roku, albo i lepiej była wyprzedaż z powodu likwidacji sklepu)  sięgnęłam do internetowych zasobów i kupiłam sobie kilka metrów tekstylnych wyrobów na Allegro. Niestety niektóre okazały się inne, niż obiecywali sprzedawcy i ukazywały zmanipulowane zdjęcia, ale znalazły się też takie, które były całkiem, całkiem. Z reszty uszyję co najwyżej piżamy... W lepszej grupie znalazł się przyjemny, elastyczny "w obie strony" materiał, z którego uszyłam sukienkę, jak to określiłam w tytule wpisu: as simple as can be. Oznacza to ni mniej ni więcej, że szycie jej przebiegało pod hasłem "żeby się tylko nie przepracować". I tak też było i suma sumarum sukienka powstała. Po jakże długiej przerwie w szyciu... 

Kimonowa sukienka

Widać wyraźnie, że nie namęczyłam się zbytnio - najprostszy sposób wykończenia, żadnych ściągaczy, czy rękawów i tylko dwa kawałki tkaniny wycięte w formę kimonową, czy batmankową, jak kto woli.
Z efektu jestem bardzo zadowolona, chociaż trochę mi źle z tym, że nie mam odwagi kupować miłych dla oka kolorów. Szarości opanowały moją szafę, ale zaczynam nieśmiało z tym walczyć. Na swoją obronę mam tylko tyle, że szarości pasują do mojego typu urody, czyli lata.

Może pamiętacie, że kiedyś pisałam o tym, że mój kocur bardzo często rozlewa wodę, przez co w ciągłym ruchu była szmata (bynajmniej nie do prania kota, ale do wycierania efektów jego radosnej twórczości), ale w końcu pozbyłam się kłopotu raz na zawsze. Rozwiązanie jest banalnie proste - poidełko dla gryzoni. Kupiłam takie o pojemności jednego litra, bo zapotrzebowanie na wodę dwóch kociaków jest dość spore i muszę przyznać, że opanowały sztukę pica z niego w trymiga. Jeśli macie podobne wodne problemy to naprawdę szczerze polecam!
poidełko dla kota
(zdjęcie ze strony sklepu internetowego KrakVet)

Eve była na początku zafascynowana poidełkiem, bo chyba przypominało jej kran, którym się bawiła w domu moich rodziców. Ach, jak jej się podobała ta lecąca swobodnie woda :D

EveEve

A tak się bawiła z Dexem (zdjęcia jeszcze z urlopu świątecznego):

Eve i Dexter
 (Eve's lust for brain... Czy to kot, czy to zombie?)

Na szczęście Dexter nie stracił tego dnia głowy. A nawet udało mu się podstępnie odgryźć :D

Eve i Dexter

Powiem Wam, że jak najdzie ich ochota na zabawę, to nikt nie może się czuć bezpieczny. Biegają pod nogami jak pociski i piorą się na potęgę. Można się o nie potknąć, albo niespodziewanie stać się tarczą obronną przed pazurzastym atakiem... 

Kończąc wpis życzę Wam miłego niedzielnego popołudnia i  w miarę możliwości przyjemnego poniedziałku, który jak wszyscy wiemy do przyjemnych nie zawsze jednak należy...
Yeshka

czwartek, 3 stycznia 2013

Koniec świata

Witajcie w Nowym Roku! :)

Końca jestestwa wszelakiego nie odnotowano (co byłoby nieco utrudnione z powodu braku obecności... kogokolwiek), a mnie po tym wszystkim tylko ciekawi ile co sprytniejsi ludzie zarobili na sianiu paniki. Budowanie bunkrów, kupowanie absurdalnych zapasów, wyjazdy w góry w celach zachowania ciągłości gatunku (hola, hola, czy to nie miał być KONIEC świata?), kończąc na durnowatych kampania reklamowych... Oszaleć można było. Cieszę się, że istnieje jednak"afterlife". Co za ulga... ;)
Króciutkie podsumowanie: całe święte przechorowałam i nawet nie dane mi było nacieszyć się zimową aurą nad wschodnią granicą a tzw. "sylwka" spędziłam na placu Biegańskiego przy mało ciekawym koncercie Urszuli. Ale sztucznie ognie były nawet, nawet. Pomijam świsty pocisków różnej maści (korki od szampana tudzież rakiety znienacka atakujące niczego nie spodziewających się podchmielonych delikwentów) latającymi nad i, o zgrozo, często koło głowy. Przeżyłam, choć ogłuchłam na jedno ucho na jakieś pół godziny. Czas umilały mi nieskoordynowane z moją anatomią 10-cio centymetrowe obcasy czekające cały rok na debiut. Nie wiem czy jeszcze je  kiedyś założę, choć są cudne - niestety wyłącznie wizualnie... Chyba każda z nas ma na sumieniu przynajmniej jeden tego typu zakup. Przynajmniej...

Nic to, święta szybko gdzieś uciekły i mamy już następny rok, dlatego czas na przygotowanie kalendarzy, spisów i notesików pozwalających ociupinkę bardziej kontrolować i ogarniać własne życie. Lubię wypełniać zorganizowane rubryczki, tabelki, robić notatki i je porządkować, choć czasem nie jestem w tym konsekwentna, dlatego mam stały zestaw do gryzmolenia i upamiętniania co ważniejszych eventów. W tym roku dołączył kalendarz ścienny. Przyznam bez bicia, że zgapowałam go od jednej z blogerek jednocześnie dziwiąc się dlaczego nie zrobiłam czegoś podobnego wcześniej, tym bardziej, że żaden z kalendarzy dostępnych za równo w wydawnictwie, w którym pracuję jak i ogólnie na rynku nie spełniał moich potrzeb. Chociaż z drugiej strony, jak tak się zastanawiam, to tego typu udogodnienia towarzyszą mi stosunkowo niedługo, więc mogę nawet nie wiedzieć, że gdzieś tam, daleko ktoś stworzył mojego kalendarzowego ideała a ja, nieświadoma zupełnie, go po prostu nie odnalazłam wśród tworów zalewających sklepowe półki... Tak czy inaczej łatwiej zrobić, niż szukać i oto jest: prościutki, przejrzysty i w ogóle:

kalendarzkalendarz

Wyróżnione są soboty i niedziele, jako dni wolne, święta oraz dodatkowe dni wolne od pracy, które wyznaczył mi pracodawca. Plus możliwość notowania. Wykonanie pt."najmniejsza linia oporu", czyli wydruk dwóch miesięcy na jednej stronie rozciętej po barbarzyńsku nożem do tapet ostrości niezadowalającej, stąd malutkie wyrwy tu i ówdzie. Scrapbooking mnie nie pociąga na tyle, by się pokusić o papierowe upiększenia (o wiele bardziej wolę podziwiać prace znawczyń tematu), dlatego taka forma mi w zupełności wystarczy. Niestety nie zapisałam sobie blogerki inspiratorki, ale jeśli uda mi się ją odnaleźć to dodam linka.A może Wy się na nią natkniecie? Dajcie znać :)
Do mojego terminarza na 2013 rok dorzuciłam coroczny spis wpływów i wydatków, który trzyma się na jakże gustownej gumce, typu recepturka.Wcześniej był to zawsze osobny zeszycik w twardej oprawie, bo po prostu nie mieścił się w malutkich terminarzykach. Dorobiłam się w tym roku większego, więc nie ma już przeciwwskazań. Naprawdę bardzo, ale to bardzo mi się przydaje, bo wcześniej nie miałam kontroli nad finansami a teraz wszystko gra i buczy :)

terminarzbudżet domowy

Wielkich postanowień noworocznych u mnie nie znajdziecie bo do mnie nie przemawiają takie akcje. Uważam, że zmienić swoje życie można w każdej chwili i nie ma sensu obarczać odpowiedzialnością co ciekawszą datę. Ale jakieś mało znaczące drobiazgi, typu przemeblowanie, czy farbowanie włosów na jakiś dziwny kolor to już czemu nie. Ale to nie o tym mowa. Jeśli chodzi o poważne zmiany, mające długofalowe skutki to najważniejszy jest, że tak to nazwę, impuls (jakiś szok, nagła fascynacja, czy co gorsze, tragedia). A rzeczony przychodzi raczej w niespodziewanych momentach. Wymuszanie go nie przyniesie oczekiwanych skutków. Silna wola rodzi się często wtedy, gdy warunki zmuszają człowieka do drastycznych decyzji i kroków. Poniekąd i mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi ;)

Żeby rozluźnić atmosferę i zmienić nieco niechcący ponury ton dorzucam kilka kolczyków, chociaż mam wrażenie, że w tej kwestii trochę się zapętliłam i nie mogę ruszyć naprzód. Mimo to noszę coraz więcej swoich własnych wyrobów, przez co moja osobista biżuteryjna szkatułencja, przytargana onegdaj z Zakopanego nieco przybrała na wadze (zupełnie jak ja po świętach... Interesująca symetria...).
Najsampierw dwie pary ze swojskimi biglami robionymi częściowo według przepisu Moniki prowadzącej bloga Biżuteria Artystyczna Kamino70. Podobają mi się dużo bardziej niż gotowce.

kolczykikolczykikolczykikolczyki
kolczyki handmadekolczyki
kolczyki handmade

Ostatnią parę noszę nałogowo. Chyba do wszystkiego pasuje :)

Tym sposobem dobrnęliśmy do końca, dlatego pozdrawiam Was serdecznie i przepraszam za delikatną grafomanię, jednocześnie bardzo dziękuję za odwiedziny i wpisy pozostawione podczas mojej nieobecności oraz za przemiłe życzenia :):) I mimo sceptycyzmu trzymam kciuki za wytrwanie w noworocznych postanowieniach blogowych koleżanek i nie tylko :)

P.S. Czuję, że to będzie dobry rok!

Do następnego!
Yeshka

środa, 19 grudnia 2012

Wesołych Świąt :)

Kochani,

Ponieważ przez około dwa tygodnie nie będę mogła nic opublikować (jadę na daleki wschód na święta a potem kto wie co będzie się działo...), dlatego chciałam Wam już dziś życzyć wesołych, pogodnych i magicznych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych z najbliższymi oraz wszystkiego najlepszego w Nowym Roku :) Mam nadzieję, że Sylwestra spędzicie na szalonych zabawach w miłym towarzystwie!
Na koniec roku podzielę się z Wami kilkoma wytworami moich rąk. Na początek zaspany (tak sobie wmawiam) kot:

salt dough cat

Jest już po poważnych przejściach - dwa razy ułamałam mu ogon i raz głowę... Nic dziwnego - z taką dynią nie trudno o nadwyrężenie... Pomysł nie jest mój - zaczerpnięty z Internetu, ale wykonanie jak najbardziej moje :) Dalej nie jest już tak kolorowo, powiedziałabym że delkitany dramat, no ale..:
 
salt dough catsalt dough cat

Kot z lewej powinien mieć przewleczoną a nie przyklejoną wstążkę, ale tył sam z siebie się zakleił i skończyło się raną postrzałową... Pasuje do miny, to trzeba mu przyznać. Delikwent z prawej ma uciekającą głowę - w czasie suszenia opadła i spełzła na plecy... Czego tam szukała, tego nie wie nikt, ale efekt jest nieciekawy. Pomijam malowanie... Mimo wszystko bardzo podoba mi się taki rodzaj ciałka, dlatego będę próbować z wykałaczkami :) Nie ukrywam, inspirowałam się Lamartą. Ta niesamowicie uzdolniona dziewczyna prowadzi bloga <klik>, na którym pokazuje swoje niesamowite kociaki i nie tylko. Podziwiam od dawna, ale to niedościgniony ideał :) Mam nadzieję, że autorka nie będzie miała nic przeciwko wymienieniu jej przy okazji tego wpisu. Oczywiście serdecznie pozdrawiam!!

I tradycyjnie jeszcze trochę z dziedziny bling bling. Bez niespodzianek, w starym stylu:

kolczykikolczyki
kolczyki

I to na tyle w tym roku. O ile 2012 nie był jakość szczególnie zły, to mam nadzieję, że 2013 będzie o wiele lepszy. Czego i Wam i sobie życzę! Do zobaczenia za rok :)!!

Pozdrawiam ciepło!
Asia, czyli Yeshka

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Untitled

Witajcie kochani czytaczo-zaglądacze :)

Zdążę jeszcze przed świętami pokazać Wam kilka moich wytworów. Bez ględzenia, bo jeszcze zdążę się nagadać.

Earringsbransoletka

kolczyki
 Zimowe, biało-srebrne, które bardzo mi się podobają:
kolczyki

I jeszcze troszkę świątecznie zaciągnę. Nie robiłam dekoracji bożonarodzeniowych, bo nie chcę dogracać mojego otoczenia, aczkolwiek zrobiłam niewielką choinkę z szyszek i kilka zawieszek (wmawiam sobie, że są świąteczne). Te poniżej są wykończone, mam jeszcze mini lasek świerków z masy solnej, ale zdaje się, że nie wykończę ich przed świętami, bo brak mi czasu :[
 salt dough

Zrobiłam na prezent kociaka z masy solnej. Projekt tzw. własny. Pierwotnie miałam domalować mu oczy, ale kiedy zobaczyłam jak wysechł stwierdziłam, że zostawię go takiego surowego. Teraz jest bardziej artystyczny, czy coś w ten deseń :D To chyba pierwsza rzecz z masy solnej, która tak mi się podoba. Koniecznie muszę zrobić takiego dla siebie, bo projekt jest dość prosty, a kotów nigdy za wiele (obym za kilkadziesiąt lat nie przeklęła się za te słowa ;)) :D

kot z masy solnej 

Odwiedzając Wasze blogi wciąż zachwycam się dekoracjami jakie pokazujecie. Jestem pełna podziwu dla tych wszystkich talentów, którymi dzielicie się w sieci. Nie mogę powiedzieć, że nie czuję świątecznego klimatu, bo czuję a to głównie dzięki Wam :):):) Jesteście niewiarygodne i wkładacie we wszystko tak dużo pracy. Coś niesamowitego! Życzę Wam i sobie, aby to się nie zmieniło.


P.S. Już niedługo ukaże się nowa płyta HURTS :):):) Czekamy, czekamy...

Pozdrawiam!!
Yeshka

niedziela, 16 grudnia 2012

Mnie też popierniczyło :)

Witajcie :)

Na wielu blogach widziałam popierniczone koleżanki i też się dałam ponieść tej tendencji. To były moje pierwsze pierniczki w życiu... i się udały :):):) Prawie połowa już zjedzona, mimo, że twarda. Może uda mi się zawieźć coś do domu na święta... 

Przepis na pierniczki:

Składniki suche:
2 i 1/4 szklanki mąki (ja użyłam tortowej bo normalna poszła na masę solną...)
3 łyżeczki przyprawy do piernika
łyżeczka sody lub proszku do pieczenia
1/2 szklanki cukru pudru lub cukru brązowego

składniki mokre:
1/4 szklanki miodu (ja użyłam nektarowego)
1 jajko (+ 1 jeśli chcemy posmarować pierniczki przed pieczeniem - są wtedy bardziej brązowe... ponoć)
5 łyżek masła lub margaryny (ja użyłam Kasi)

Wykonanie:
Nastawiamy piekarnik na 180 stopni, żeby się nagrzewał. Wszystko mieszamy i wyrabiamy ciasto. Nie trzeba nic ucierać ani kombinować. Ja wszystko wrzuciłam do garnka, wstępnie wymieszałam a potem wyrabiałam chwilkę na stolnicy. Jeśli ciasto będzie rzadkawe możemy dosypać mąki.
Ciasto trzeba rozwałkować na grubość ok 0,5-1 cm a potem pobawić się foremkami :) Pieczemy jakieś 10 minut na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Trzeba pamiętać, żeby nie kłaść ciasteczek zbyt blisko siebie na blaszce, bo wyrastają. Po wystudzeniu można ozdobić lukrem na ten przykład. 

Tak wyglądają moje w asyście sępów...

przepis na pierniczki


Pamiętacie, jak pisałam o zniszczonym kocie? Oto on:

kot z masy solnej


A tak wygląda poprawka:

kot z masy solnej


Jest sporo większy i na podstawce z myszonem, więc można go sobie postawić na półce, tudzież innej powierzchni płaskiej. Pokazuję dopiero teraz, bo długo szukałam lakieru, którym mogłabym malować w domu i nie zafundować sobie odlotu. Trochę mi zeszło, ale w końcu mam: szybko schnący lakier do wnętrz Altax (z ciastoramy). Polecam :)
I jeszcze jedna mała pierdoła:

girlanda z masy solnej

Mam w zanadrzu kilka rzeczy, które chcę Wam pokazać, ale to już następnym razem :):) Obym zdążyła przed świętami, bo jeszcze trochę zostało rzeczy do zrobienia.


Tymi słowy kończę posta i ciepło Was pozdrawiam!
Yeshka

sobota, 1 grudnia 2012

Wyniki Candy!

Witajcie :)

Nie jestem mistrzem suspensu, dlatego nie będę Was trzymać w niepewności :) Podliczyłam wszystkie zgłoszenia i dodatkowe losy i oto się dokonało! 

Współorganizatorzy konkursu zadbali, aby wszystko odbyło się zgodnie z regulaminem:


GRATULUJĘ! Mam nadzieję, że nagrody okażą się przydatne :) Tak jak obiecałam powiadomię zwyciężczynię o wygranej i poproszę o adres. Chyba, że mnie ubiegnie i napisze wcześniej :):)

Nagroda pocieszenia w postaci kolczyków powędruje do Kingi prowadzącej Szczyptę Magii. W miarę możliwości wybierzesz je sobie sama :)
 
Pozdrawiam weekendowo i trochę spod śniegu, bo mu się w nocy spadło na nasz dach...
Yeshka